piątek, 25 listopada 2011

Jonas

Niektóre numery w pewnych zespołach zobowiązują podwójnie. Ba! Potrójnie. Choć są i takie, które obligują ich „nosicieli” do dobrej gry bez względu na towarzyszące okoliczności i szerokość geograficzną. Od '10' oczekuje się zatem bajecznej techniki, taktycznego zmysłu, permanentnie topowej formy i boiskowej maestrii. Uściślając – '10' to piłkarska liczba Fi. Rolę zawodnika z '9' już łatwiej opisać jednym słowem – łowca, snajper, strzelec, goleador, etc. Ma strzelać, nieważne jak, byle skutecznie, do celu.

A jakimi walorami powinien zazwyczaj dysponować ten drugi, niby mniej ważny w boiskowej numerologii, spod znaku szczęśliwej siódemki? Zapytajcie Jonasa Goncalvesa!

W Valencii chyba tylko szóstka przypisana wiecznie do wielkich kapitanów i płucoserc zespołu – Gaizki Mendiety i Davida Albeldy ma większe tradycje niż '7'. Wszakże z nią na pasiastej koszulce szyki obronne Lazio czy Barcelony objeżdżał Claudio Lopez. Nad nią, swoją „wielką siłę” eksponował szanowany do dziś na Estadio Mestalla John Carew. W końcu z niej przedmiot kultu dla kibiców klubu ze stolicy Lewantu uczynił David Villa. Tylko Joaquin, przywdziewający biało-czarny trykot z numerem '7' w poprzednim sezonie nie wpisał się w trend potwierdzający jego wyjątkowość i nieco go odmagicznił. I gdy do przejęcia numeru, po odchodzącym do Malagi Ximo, sposobił się przyjaciel Davida Villi, namaszczony przez niego na swego spadkobiercę, Pablo Hernandez, niczym filip z konopi wyskoczył Jonas. Właściwie nie wiadomo skąd. Pojawił się w Valencii nieoczekiwanie, ale szybko zaskarbił sobie sympatię kibiców pogodnym usposobieniem, by następnie rozkochać ich w swojej grze.

Do Hiszpanii trafił w styczniu 2011 roku z Gremio Porto Alegre. Mając na koncie tytuł króla strzelców Brasileirao, nagrodę imienia Arthura Friedenreicha oraz najlepszy sezon jaki udało mu się dotychczas rozegrać w ogóle, kosztował zaledwie 1,2 miliona euro. Dlaczego tylko tyle? Bo na dniach kończył mu się kontrakt, w Europie niespecjalnie o nim słyszano, a ostatni okres przed przeprowadzką na Stary Kontynent spędził pod znakiem rekonwalescencji po fatalnej kontuzji kolana. Był zatem Jonas inwestycją, która pomimo iż niezbyt ryzykowna, nosiła znamiona mało przemyślanej i wcale nie musiała się zwrócić. Takie też były wobec niego oczekiwania. Niewygórowane. W obliczu fiaska negocjacji z Lorient w sprawie transferu Kevina Gameiro oraz chimerycznej postawy Choriego Domingueza, sprowadzony w trybie awaryjnym Jonas miał po prostu być. Stanowić w odwodzie trenera Emery'ego wentyl bezpieczeństwa, w razie gdyby ten, zmuszony kontuzjami Soldado czy Aduriza, musiał szukać napastnika w zespole rezerw.

- Ten klub posiada wspaniałych piłkarzy jak Mata, Soldado czy Aduriz. Jestem przekonany, że w ich towarzystwie będę podnosił swoje umiejętności. Valencia przyciąga piłkarzy najwyższej klasy. Mam nadzieję, że uda mi się wpisać do jej historii – komentował Jonas w pierwszym komunikacie, tuż po oficjalnym ogłoszeniu transakcji.

Szybko przeszedł od pięknych słów do jeszcze piękniejszych czynów. Brazylijczyk przekonał Emery'ego, by ten zaczął myśleć o nim w innych kategoriach, niż tylko jako o potencjalnej zapchajdziurze. Zmiana optyki Baska na rolę, jaką w zespole miał pełnić Jonas natychmiast przekuła się na lepszą grę Valencii, zwiększając wachlarz ofensywnych rozwiązań taktycznych.

Jak gra? Przede wszystkim inteligentnie. Ryzykownie, ale nie brawurowo. Jest typem napastnika, który schodzi z boiska w akompaniamencie oklasków nawet wówczas, gdy nie uda mu się pokonać bramkarza rywali. Doskonale rozumie taktykę, co wśród brazylijskich gwiazdek nie zawsze stanowi normę. Potrafi zaskoczyć kąśliwym uderzeniem, by za moment zaatakować pole karne z bocznego sektora boiska. Zadziorny, choć zawsze w granicach przepisów. Bardziej niż obstrzeliwanie bramki przeciwników, upodobał sobie jednak zaopatrywanie w podania operującego na szpicy Roberto Soldado. Jego asysty zawsze charakteryzuje aptekarska dokładność. Nic dziwnego – jeszcze przed rozpoczęciem kariery zawodniczej Jonas zdobył tytuł magistra farmacji. Choć jego boiskowy przydomek – O Detonador – każe domniemywać, iż w poczynaniach na murawie jest rozedrganym wulkanem energii czekającym na impuls zwalniający zawleczkę, w rzeczywistości stanowi oazę spokoju.

I pomyśleć, że przychodząc do Valencii towarzyszyła mu, jakże krzywdząca i nieuzasadniona, opinia „najgorszego napastnika świata”, wydana na jego temat przez dziennik „El Mundo Deportivo” poparta stosownym filmikiem z youtube'a prezentującym spektakularne pudło.

W sezonie 2011/2012 już nikt na Estadio Mestalla nie wyobraża sobie, by siła ofensywna zespołu miała być budowana wokół kogoś innego. Z Jonasem w składzie i z nieoszacowanym kapitałem, jaki stanowi jego znakomita współpraca z Soldado, Valencia krok po kroku zapisuje się w historii Ligi Mistrzów. Jego bramka w meczu z Bayerem Leverkusen to drugi najszybciej zdobyty gol w historii rozgrywek, a trzy asysty i jedno trafienie przeciw Genk położyły fundamenty pod drugie pod względem wysokości zwycięstwo.

Ukoronowaniem dobrej dyspozycji Jonasa były powołania do Selecao, najpierw na mecz ze Szkocja, w którym debiutował, a następnie na potyczki z Meksykiem, Gabonem i Egiptem. Właśnie Faraonom napastnik strzelił swoje premierowe gole w reprezentacji Canarinhos. Selekcjoner Brazylijczyków, Mano Menezes, tak komentował występ Jonasa: - Środkowy napastnik musi prezentować odpowiednią klasę. Podczas Copa America próbowałem Freda oraz Pato, ale nie gwarantowali tego, o co mi chodzi. Być może to Jonas zostanie pierwszym wyborem.

niedziela, 20 listopada 2011

Sofiane

Po raz pierwszy temat pojawił się w 2002 roku przy okazji Mistrzostw Świata w Korei Płd. i Japonii. Koronowani, jeszcze na długo przed startem imprezy na mistrzów globu, Francuzi dowodzeni przez ich futbolowego Napoleona – Zinedine'a Zidane'a – mieli tylko dopełnić formalności. Coś potoczyło się jednak nie tak. Skończyło się jak zawsze, gdy bębenek oczekiwań zostaje podbity za wysoko, a zbyt wiele zależy od jednostki – genialnego dyrygenta posiadającego monopol na organizację gry własnej orkiestry.

Sromotna porażka Les Bleus nakręciła we Francji spiralę strachu i obsesji. Świadomi upływającego czasu ludzie odpowiedzialni za futbol nad Sekwaną zaczęli zachodzić w głowę jak uniezależnić się, najpierw od dyspozycji Zizou a następnie od samej jego obecności w zespole. Wybór był prosty – przeformatowanie grę kadry narodowej na miarowo działający kolektyw lub odwleczone w bliżej nieokreślonym okresie czasu oczekiwanie na objawienie się nieprzeciętnego talentu wprost z Clairefontaine. Choć od wspomnianego blamażu Tricolores do zakończenia kariery zawodniczej przez Zidane'a upłynęły cztery lata, a na zakończenie przygody z piłką Zizou zdążył jeszcze podarować Francji wicemistrzostwo świata, tryby machiny sortującej talenty ruszyły już w 2003 roku.

Dziś trudno zliczyć ilu chłopcom, kopiącym piłkę na szkolnych placach lepiej niż ich koledzy, francuskie media złamały kariery porównaniami do wielkiego Zidane'a. Pewne jest jedno – zestawienie młokosa z hołubionym Zizou dla żadnego adepta futbolu we Francji nie okazało się błogosławieństwem, które ten następnie był w stanie przekuć na futbolową aureolę. Było raczej syzyfową kulą, która ciążyła w drodze na piłkarski szczyt.

Pierwszy przepadł Bruno Cheyrou, choć jemu akurat brakowało bardzo wiele, nie tylko do tytułu „następcy”, ale i klasowego zawodnika w ogóle. Ben Arfa, Ribery a później Obertan i Taarabt, którzy również musieli się zmierzyć z ciężarem niewygodnego porównania, raczej z uwagi na inną pozycję i charakterystykę gry niż braki w piłkarskim rzemiośle Zidane'a zastąpić nie będą w stanie. Samir Nasri, którego wiązano z Zizou poprzez marsylskie konotacje to raczej drugi Youri Djorkaeff – ruchliwy, wszędobylski z inklinacjami do szukania gry na skrzydle, niż dostojny w swych ruchach Zidane. Najwięcej gracji i elegancji tak charakterystycznej dla potomka algierskich imigrantów miał w sobie Yoann Gourcuff, którego po pierwszym sezonie gry dla Bordeaux wielu widziało już w butach Zizou. Jemu z kolei zabrakło determinacji. Po drodze był jeszcze Karim Benzema, któremu aktualnie do legendarnego poprzednika najbliżej. Ale znów, nie z racji tego, co prezentuje na boisku – choć idzie mu nieźle – a miejsca gdzie to robi. Faworyt na dziś to Marvin Martin. Zwinny, ze zmysłem taktycznym i umiejętnościami do regulowania tempa gry, potrafiący zaskoczyć podaniem nawet najwytrawniejszych stoperów. Bliżej mu jednak do rozdzielającego piłkę Xaviego, niż grającego często pod napastnikami Zidane'a, lub - dla fanów militariów i historii średniowiecza - Władysława Jagiełły kierującego poczynaniami wojska z oddalonych od pola bitwy wzgórz, niż Ulricha von Jungingena, walczącego ramię w ramię ze swoimi krzyżakami.

To jednak nie wszyscy napiętnowani, gdyż był jeszcze jeden, od którego we Francji oczekiwano, że w imię republiki będzie przenosił góry. Tak samo jak Zidane wywodzący się Algierii. Rozchwytywany za młodu przez najwytrawniejszych specjalistów od łowienia talentów, którego nazwisko niezbyt wiele mówi nawet mocno zainteresowanym futbolem. Już teraz wiadomo, że pomimo świetlanej przyszłości jaka się przed nim maluje reprezentacji Francji nie zbawi. 25 października 2011 roku FIFA oficjalnie zezwoliła mu na grę w kraju rodziców. Ale może zbawić Valencię, której trener Unai Emery coraz częściej decyduje się na jego usługi, widząc w nim materiał na hybrydę Aimara i Joaquina. To Sofiane Feghouli, który w przełomowym dla Los Ches spotkaniu z Getafe strzelił dwa gole, by następnie w derby Walencji wiązać swoim balansem ciała bezradnych obrońców Levante. Wciąż trochę elektryczny, czasami zdezorientowany, ale zawsze waleczny. Zidane'a nie zastąpi, ale już pracuje na własne nazwisko.

wtorek, 08 listopada 2011

PZPN wypiął się na historię. W przeddzień EURO 2012 ludzie z futbolowej centrali wysłali w stronę społeczeństwa jasny sygnał – liczy się PR. Nie RP.

Swobodne podejście do kwestii szacunku dla Ojczyzny i narodowej tożsamości decydenci z ulicy Bitwy Warszawskiej deklarowali już nie raz. Najpierw łasząc się do „farbowanych lisów”, innym razem rezerwując im niemal pewne miejsca w wyjściowej jedenastce reprezentacji Smudy kosztem wcale nie mniej zdolnej polskiej młodzieży. Ale ingerencja we wzór koszulek, a właściwie ich zawartość, nie kwalifikuje się już nawet pod prywatyzację zespołu narodowego na potrzeby związku. Usunięcie Orła to zamach na polskość.

Przekaz jest jasny. PZPN ma w głębokim poważaniu legendę o Lechu. Gardzi sięgającą XII wieku tradycją i sprzężonym z nią męczeństwiem oraz splamionymi krwią polskich żołnierzy i powstańców sztandarami. Tymi samymi, które niesione na niezliczone przez lata historii Polski place boju, od Grunwaldu po Monte Casino, łopotały na wietrze skrzydłami Orła Białego. PZPN ma w nosie husarię i obronę Częstochowy. Nie pamięta o latach okupacji – zaborów i socjalizmu. I wszystko to w dzień narodowego święta.

Oficjalna prezentacja strojów nastąpi bowiem 11 listopada 2011 roku na wrocławskim Stadionie Miejskim, tuż przed towarzyskim meczem z Włochami. W czasie, gdy większość kraju celebrować będzie 93. rocznicę wyzwolenia Polski spod zaborczego pręgierza piłkarze reprezentacji, dotąd uchodzącej za polską, wyjdą na boisko w koszulkach pozbawionych piastowskiego Orła. Za to, z latowym zygzakiem.

A może nie ma z czego robić afery? Może ktoś w związku wreszcie uświadomił sobie, że czterech klasowych piłkarzy to za mało aby uniknąć kompromitacji na EURO 2012 i pozbycie się godła narodowego z koszulek to chytry zabieg mający oszczędzić krajowi powodów do wstydu? Wszak porażka jest wkalkulowana w byt tego zespołu, a kompromitacja to drugie imię Smudy. A tak, pod przykryciem koszulki wprost z bazaru, może uda się uniknąć kpiny zagranicznych mediów.

P.S. Producent strojów, koncern Nike, szczyci się nowoczesną technologią wykorzystaną przy produkcji strojów oraz faktem, iż w całości są wynikiem recyklingu. Kompletny strój polskiego piłkarza to wynik przetopienia ośmiu plastykowych butelek o łącznej wadze 150 gram. Ciekawe czy buty będą z makulatury.

czwartek, 01 września 2011

orzeł

Porażka nie przynosi hańby. Zwłaszcza poniesiona po zaciętej walce. Ale porażka nieprzeanalizowana, pozostawiona sama sobie, bez wyciągnięcia należytych wniosków na przyszłość już powodem do chluby nie jest. Świadomi starej prawdy działacze Benfiki przystąpili zatem do okna transferowego podwójnie zmobilizowani. Wszystko po to, by z rąk FC Porto odbić tytuł mistrzowski, który Smoki w sezonie 2010/2011 wywalczyły w cuglach. Tym razem karta ma się odwrócić. To Porto, osłabione odejściem trenera Andre Villasa-Boasa oraz super-strzelca Radamela Falcao, powinno oglądać plecy lizbońskich Orłów. Aby tak się stało na Estadio da Luz poczyniono naprawdę wiele.

Sezon 2009/2010 był w wykonaniu Benfiki popisowy. Przejęty – w schedzie po Quique Floresie – i przebudowany przez Jorge Jesusa zespół zdominował rozgrywki Liga Sagres. Mieszanka młodości i polotu Di Marii, Ramiresa i Davida Luiza, warsztatu Javi’ego Garcii i doświadczenia oraz klasy Aimara, Cardozo, Martinsa czy Savioli zaprocentowała nie tylko widowiskową grą, ale i konsekwencją w defensywie, a te przełożyły się na sukces. Niestety zjawiskowa dyspozycja filarów zespołu szybko przekuła się na zainteresowanie ich osobami ze strony potęg. Gdy okazało się, że Di Marię zwerbował Real Madryt, Ramires i David Luiz wylądowali w Chelsea, a Aimar po raz kolejny podupadł na zdrowiu, sytuacja odwróciła się jak w kalejdoskopie. Uzupełnienia składu, choć przemyślane, nie gwarantowały utrzymania dotychczasowej jakości. Bo co pod bramką przeciwnika wypracowali Nicolas Gaitan i Eduardo Salvio wsparci Javierem Saviolą, niweczyli na własnej połowie gapowaci stoperzy Zoro i Sidnei oraz mający problemy z koncentracją bramkarz Roberto. Nic dziwnego, że tak rozkalibrowany zespół nie miał szans w starciu z perfekcyjnie pracującą maszynerią FC Porto, które zakończyło sezon bez żadnej ligowej porażki.

Przed rozgrywkami 2011/2012 sytuacja znów się powtórzyła. Jednakże teraz to Porto stało się ofiarą własnego sukcesu. Najpierw Estadio do Dragao opuścił Villas-Boas, zaraz za nim z Portugalią pożegnał się Falcao. Transfery do klubu były, a jakże. Niewiadomo jednak, czy niedoświadczony trener Vitor Pereira będzie w stanie wkomponować nowe elementy do układanki. Przyjmując terminologię z padoku F1, podczas gdy Smoki szykują się do startu z alei serwisowej, Benfika rusza z pole position. Z piskiem opon!

Wszystko to dzięki przemyślanej współpracy trenera Jesusa i dyrektora sportowego Rui Costy, którzy owocnie przepracowali letni okres przygotowawczy. Oczywiście, jak zwykle w przypadku Benfiki, nie obyło się bez strat. Za trzydzieści milionów euro nowego pracodawcę na Estadio Santiago Benabeu znalazł Fabio Coentrao.Choć lewy obrońca był ważnym graczem w koncepcji szkoleniowca, za pozyskane z jego transferu pieniądze udało się znaleźć nie tylko jego zastępcę, ale również poważnie wzmocnić zespół na innych pozycjach. Nikt nie będzie również wylewał krokodylich łez z powodu odejścia Nuno Gomesa. Legenda portugalskiej piłki w minionym sezonie już tylko statystowała. Kibicom Benfiki szkoda tylko wypożyczonego do Granady Carlosa Martinsa. Ale i zadziornego pomocnika będzie miał kto zastąpić.

Tego lata w Lizbonie stawili się zawodnicy młodzi i dobrze rokujący, ale z niewykorzystanym dotąd potencjałem, bądź doświadczeni, przy których ogłady nabierać będzie młodzież. Fajtłapowatego Roberto między słupkami bramki zastąpił Eduardo. Portugalczyk został wypożyczony z CFC Genoa gdzie nie mógł być pewny czy wygra rywalizację z Sebastienem Frey'em. Wydatnym wzmocnieniem obrony ma okazać się dwuosobowy zaciąg z Primera Division - Joan Capdevila i Ezequiel Garay, a i Emerson Conceicao sprowadzony z Lille gwarantuje określoną jakość na lewym boku defensywy.

Alternatywę dla ciągle rześkiego Pablo Aimara ma stanowić sprowadzony z Estudiantes La Plata, uczeń samego Juana Sebastiana Verona, Enzo Perez. W przypadku gdyby jakimś cudem zawiódł do dyspozycji Jorge Jesusa będzie Axel Witsel. Kojarzony w Polsce wyłącznie z przykrego incydentu z udziałem Marcina Wasilewskiego, Witsel jest w rzeczywistości bardzo mobilnym pomocnikiem, który lubi szukać wolnego placu na boisku, a że nie kalkuluje i nie odstawia nogi, powinien sprawdzić się w roli zastępcy Martinsa. Wartością dodaną do owej dwójki powinien być Nemanja Matić. Wysoki Serb trafił do Benfiki z Chelsea via Vitesse Arnhem, jako część rozliczenia za transfer Davida Luiza. Może grać na środku, ale równie solidnie radzi sobie przy lewej linii boiska.

Prawdziwa perła czai się jednak w formacji ataku. To Manuel Agudo Duran, znany szerzej jako Nolito. Zawodnik ten był zawieszony pomiędzy drugim a pierwszym zespołem Barcelony. Zdaniem Pepa Guardioli nie przejawiał jednak wystarczających umiejętności by występować na co dzień obok Leo Messiego, Davida Villi czy Xavi'ego, więc z Camp Nou się go pozbyto. Jak dobrym wyczuciem przy jego angażu musiał kierować się Rui Costa niech poświadczą statystyki. Już jako "Orzeł z Lizbony" Nolito strzelił pięć goli w sześciu meczach. Wszystkie grając jako lewy pomocnik w systemie 1-4-1-3-2, czyli charakterystycznym dla Benfiki. Jeżeli Nolito uda się utrzymać skuteczność, a koledzy dołożą coś od siebie, mistrzostwo Portugalii 2012 musi trafić na Estadio da Luz.

sobota, 27 sierpnia 2011

 Mestalla

Na początku był chaos – jak zwykle zresztą w Valencii. Choć Unai Emery w przyzwoity sposób doprowadził zespół do, wyglądanego z utęsknieniem szczególnie przez klubowego księgowego, trzeciego miejsca na mecie ligowego sezonu 2010/2011, a w swoim debiucie w Champions League zaprezentował się z co najmniej solidnej strony, nowego kontraktu nijak nie mógł być pewien. Nie mógł, bo sam żadnej pewności nie dawał. Co prawda w czasie trzyletniego pobytu na Estadio Mestalla, a jakże, rozwinął się jako szkoleniowiec niebywale, z idealisty przepoczwarzył w fachowca prawie pełną gębą, lecz wciąż zdarzało mu się zawieść. Sporadycznie, ale jednak, na wieść o personalnych decyzjach i taktycznych improwizacjach Baska, resztki włosów ze swej i tak zafrasowanej głowy rwać musiał prezydent Llorente, a tak być nie mogło.

Możliwości nie było wiele. Kandydatury Laudrupa, Pellegrino czy Pocchetino raczej straszyły widmem destabilizacji i degrengolady niż nęciły ideą jeszcze lepszej gry w ofensywie i radykalną poprawą jakości w tyłach. Klamka musiała zapaść szybko – Valencia potrzebowała mieć przecież trenera. W poczuciu braku alternatyw rozgrywana w mediach epopeja szybko znalazła szczęśliwy koniec. Wybrano pasję, oddanie, promienne usposobienie ale i umiejętności. Gdy okazało się, że wózek ciągle będzie ciągnął Emery, chaos i napięcie samoczynnie ustąpiły miejsca swojskości i rozeznaniu. Mister, nawet jeśli pochodzi z Kraju Basków, okazał się najwierniejszym valencianistą i na przekór uwłaczającej mu jednorocznej umowie, rzuconą rękawicę zdecydował się podjąć. A później...

A później rozpoczęto fazę drugą – w Valencii latami doświadczeń doprowadzoną do perfekcji – wyprzedaże. Na różne sposoby – wypożyczając, sprzedając lub rozwiązując umowy polubownie – pożegnano się z Miguelem Moyą, Cesarem Sanchezem, Mariusem Stankieviciusem, Davidem Navarro, Nacho Gonzalezem, Juanem Matą, Vicente i Joaquinem, Isco oraz Chorim. Musiały się jednak na Estadio Mestalla dziać tego lata rzeczy niebywałe, o których nie śniło się nie tylko filozofom, ale wszystkim fanom Valencii, bowiem pomimo, było nie było, bolesnych strat, kadra Valencii uchodzi za najmocniejszą od bardzo dawna. Kim, w takim razie, przyszło w sezonie 2011/2012 zawiadować Unaiowi Emery'emu i kogo ambitnym projektem skusił, mag negocjacji, Manuel Llorente?

Bramkarze, czyli gdzie dwóch się bije tam zespół korzysta...

Od czasu rywalizacji Santiago Canizaresa z Andresem Palopem, w Valencii nie było tak komfortowej sytuacji z obsadą pozycji bramkarza. Vicente Guaita i Diego Alves gwarantują najwyższą jakość przez najbliższe kilka sezonów. Na którego z nich ostatecznie zdecyduje się Emery? Nie wiadomo. Obaj są genialni w swoim fachu, choć wykorzystują przy tym inne atrybuty. Guaita jest wysoki, efektowny, gibki i skoczny, ma imponujący zasięg ramion i wyniesioną ze sportów walki, które niegdyś uprawiał, odwagę. A Alves? Brazylijczyk jest, być może, jeszcze lepszy. Atletyczna sylwetka i refleks rewolwerowca oraz nadzwyczajna umiejętność bronienia 'jedenastek' dała mu renomę w całej Hiszpanii. Rozum podpowiada właśnie Alvesa, serce stoi murem za Guaitą. Niech z tym problemem radzi sobie Unai.

Boczni obrońcy, czyli głupi i głupszy...

Jeśli o kwestii obsady bramki kibice Valencii mogą zapomnieć na „sto lat”, pozycja prawego obrońcy powinna spędzać sen z powiek nie tylko im, trenerowi, ale także ogrodnikowi dbającemu o stan murawy na Estadio Mestalla. Piruety jakie będą wyczyniać Miguel i Bruno, wkręcani w trawę przez skrzydłowych przeciwnika, mogą bowiem poważnie uszkodzić strukturę murawy w bocznych sektorach boiska. O ile Portugalczyk Miguel gwarantuje jeszcze jakąś jakość, jeżeli stawi się danego dnia na treningu w przerwie pomiędzy balangą a strzelaniną, Bruno w kadrze mogłoby nie być wcale. Kto wie, czy lepiej od byłego gracza Almerii nie zaprezentowałby się sędziwy Jocelyn Angloma. Sytuacja lepiej wygląda po przeciwnej stronie. Ale tylko nieco. Jeremy Mathieu w grze do przodu może równać się z najlepszymi na swojej pozycji, ale z powodu katastrofalnych umiejętności destrukcyjnych ciągle nie może być do nich zaliczany. Mecze solidne zdarzają mu się, a i owszem, ale na tym szczeblu wtajemniczenia obrońca musi być pewny. Całe szczęście, że jest jeszcze młody Jordi Alba. Ten choć obrońcą jest dopiero niespełna rok chociaż przyzwoicie rokuje na przyszłość.

Środkowi obrońcy, czyli siła złego na jednego...

Gorzej niż w sezonie 2010/2011 ta część formacji defensywnej zaprezentować się nie ma prawa. Davida Navarro i Mariusa Stankeviciusa, czyli plagi egipskie spuszczone na Valencię, już w stolicy Lewantu nie ma. Hiszpana odesłano do Szwajcarii, a Litwin, którego wypożyczenie wygasło wraz z końcem sezonu, via Sampdoria wylądował w Lazio. Na całe szczęście jeszcze zimą sekretariat techniczny postarał się o realne wzmocnienia środka obrony, a sprowadzony wówczas z Lille francuski stoper Adil Rami ma zostać nowym liderem całej formacji. Rosły reprezentant Les Bleus będzie miał jednak utrudnione zadanie, bo ani Ricardo Costa, ani tym bardziej Angel Dealbert nie będą w stanie dotrzymać mu kroku. Na całe szczęście prezydent Llorente i sekretarz techniczny Braulio Vazquez są świadomi ich pokraczności, dlatego prawie pewne jest, że na Estadio Mestalla trafi jeszcze jeden stoper. Wszystko wskazuje, iż będzie nim Victor Ruiz z Napoli.

Środkowi pomocnicy, czyli „unai'owy” zawrót głowy...

Prawdziwy kunszt trenera poznaje się, gdy ten nie mając zawodnika na daną pozycję potrafi tak przekwalifikować innego gracza, że ten już nigdy nie wraca na nominalną dla siebie. I Emery to potrafi, wszak zrobił ze świetnie zapowiadającego się skrzydłowego, Jordi'ego Alby, solidnego bocznego obrońcę. Ale kłopot bogactwa to również wymagający sprawdzian dla umiejętności szkoleniowca. Jak bowiem obsadzić dwa miejsca w wyjściowej jedenastce mając do dyspozycji sześciu wysokiej lub choćby solidnej klasy zawodników? Kogoś trzeba odstawić, komuś podziękować, czyjeś ambicje muszą na tym ucierpieć. I choć sezon jest długi, gra się w lidze, pucharze i Lidze Mistrzów, pojawią się kartki i kontuzje, ktoś zawsze pozostanie z mniejszą liczbą minut niż koledzy. Wśród defensywnych Emery będzie musiał wybierać pomiędzy rewelacyjnym Topalem, charyzmatycznym Albeldą i przyzwoitym Maduro. Rozgrywającego będzie szukał w trójce – Tino Costa, Banega, Parejo. Na dziś, pewniakami wydają się być Topal i Banega, ale kto wie jak w nowym towarzystwie zaprezentuje się, sprowadzony z Getafe, Parejo.

Skrzydłowi i mediapunta, czyli diabelski młyn...

Wymienność funkcji wśród zawodników ofensywnych daje trenerowi swobodę. Ale co, jeśli zawodników mogących grać na co najmniej dwóch pozycjach jest w kadrze pięciu, a jeden z nich może być obsadzany nawet w trzech miejscach na boisku? Wtedy niedoświadczony trener może stracić rezon. Kogo, gdzie, obok którego, by gra wyglądała najlepiej? Wydaje się, że właśnie z takim problemem przez cały okres trwania sezonu przygotowawczego musiał mierzyć się Unai Emery. No bo tak – Pablo zagra na skrzydle prawym i lewym. Feghouli może dublować jego pozycję, ale różnicy nie zrobi mu również gra za napastnikiem. Jonas sprawdzi się jako mediapunta, a i ucieszy się gdy przyjdzie mu grać na szpicy. Canales równie dobrze radzi sobie w centrum boiska jak i na lewym skrzydle, a Piatti będzie błyszczał wszędzie tam, gdzie trener go postawi. Z prawej, lewej, w środku – bez różnicy. Tylko młodziutki Bernat jest skrzydłowym w starym stylu, przywiązanym do lewej strony i, o dziwo, to może być jego atut, gdy Emery zacznie gubić się w multifunkcyjności swoich gwiazdeczek. Po stracie Maty ofensywie może jednak brakować lidera. Kogoś, kogo nie przerazi oddanie strzału z trzydziestu metrów, gdy gra po ziemi do 89 minuty nie będzie przynosić rezultatu. Umiejętności są, nad charakterem trzeba będzie pracować.

Napastnicy, czyli przełamanie nerwusa...

Po odejściu Davida Villi wielu zachodziło w głowę – jak to będzie? Kto weźmie na siebie ciężar strzelania goli? Wszystko wskazywało, że zbawieniem okaże się Roberto Soldado, ale nikt nie przypuszczał, w jakich okolicznościach się to stanie. „Żołnierz” przygodę z Nietoperzami rozpoczął raczej średnio, ale gdy już się przełamał – a zrobił to w spotkaniu przeciw swojemu byłemu klubowi, Getafe – strzelał bramki jak skrzyżowanie Ruuda Van Nistelrooya i Ronaldo. Prawą nogą, lewą, głową. Z pola karnego lub zza jego obrębu. Po ziemi i lobem. Pozostaje tylko pytanie, jak na formę strzelecką Soldado wpłynęła przerwa letnia. Jeżeli rozpocznie z równie wysokiego pułapu, do grudnia powinien nastrzelać górę goli. Jeżeli się zatnie i znów będzie szukał optymalnej dyspozycji, Emery będzie mógł skorzystać z Aduriza.

 11

P.S. Pierwsza próba nowej Valencii już za moment. Na Estadio Mestalla rywalem Nietoperzy będzie Racing Santander. Dowodzony przez Hectora Raula Cupera, człowieka legendę w historii Los Ches, zespół z Kantabrii będzie wyśmienitym przetarciem przed rywalizacją o najwyższe cele. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
El_cabeso
Follow El_cabeso on Twitter
Blogi Sportowe