wtorek, 12 czerwca 2012

Nie lubię reprezentacji Anglii. Z rozdzielnika. Jeśli grają przeciw Francji ta niechęć się jeszcze potęguje. Trzykrotnie. Ba! Gdy ostatnio z Trójkolorowymi mierzyła się Polska i tak kibicowałem Francji. Mają w sobie ukryty jakiś rodzaj werteryzmu. Tylu genialnych piłkarzy, uzdolniona młodzież, charyzmatyczny trener i ciągłe niespełnienie.

A propos młodzieży. Przeczytałem gdzieś, i chyba była to Gazeta.pl, że legendarną akademię piłkarską Clairefontaine reprezentuje na EURO tylko dwóch jej absolwentów – Hatem Ben Arfa i Damien Perquis. Ciekawe, który z nich był pilniejszym uczniem?

Mimo wszystko, wczoraj Francuzi zagrali dobrze. Tak, dobrze. Choć dzisiejsze media bardziej skupiają się na grze Anglików i chwalą ich za dobrą dyspozycję, Francja zaprezentowała walory, które mogą im wystarczyć do zakończenia turnieju w strefie medalowej. Przejawiali inklinacje do prowadzenia „małych gierek”, raz zwalniali, by za moment przyspieszyć. Fajnie się to oglądało.

Zasadniczo w kontekście Les Bleus pojawia się tylko jedno pytanie – ile biegów ma skrzynia zainstalowana w tym peugeocie? Jeśli podopieczni Blanka będą w stanie powtórzyć to, co pokazali wczoraj, ale w tempie półtora raza szybszym i mając naprzeciw siebie Niemców lub Hiszpanów jest szansa, że w Paryżu zapanuje entuzjazm.

***

Afery trawowej ciąg dalszy. I jakoś niespecjalnie dziwi, że medialny ogień w tej sprawie podsycają gracze Barcelony. Tym razem głos zabrał Xavi. Najlepszy rozgrywający Primera Division uważa, że trawa na PGE Arenie nie nadawała się do gry w piłkę. Więcej, nie nadawała się do niczego. Oj, niejedna krowa by się z nim nie zgodziła.

Właściwie Hiszpanom – tym z Barcelony – zabrakło polania trawy. Dotychczas myślałem, że trawę raczej się skręca. Nie narzeka tylko Jordi Alba, ale to akurat nie dziwi. Lewy obrońca Hiszpanii wypadł w meczu z Włochami, jakby właśnie jemu jednemu polali. Rosjanie.

***

Nie jestem zwolennikiem spiskowych teorii dziejów. Nie interesują mnie koncepcje na temat podgrzewanych kulek, ustawionych losowań, itp. Ale zawsze z ciekawością ich wysłuchuję, żeby w chwili takiej jak ta móc do nich wrócić. Umówmy się, gospodarze EURO nie należą do najsilniejszych. Podobno jeden z nich miał z kretesem odpaść (czyt. Ukraina), po to, by drugi mógł zostać przepchnięty do ćwierćfinału (Polska). Chyba nikt nie przewidział, że taki plan może nie spodobać się Andrijowi Szewczence.

Swoją drogą, gdyby Smuda miał do dyspozycji zawodnika tej klasy, doświadczonego ze zmysłem strzeleckim, pewnie zrobiłby z niego trenera napastników.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Nie jestem fanem Wojciecha Kowalczyka. Mateusz Borek irytuje mnie swoim sposobem bycia, a Kołtoń – choć nie można mu odmówić wiedzy – czasami zachowuje się tak, że mam ochotę dać sobie szlaban na oglądanie telewizji, albo utopić odbiornik w wannie. Ale do jasnej cholery, wymienieni to ludzie, którzy o futbolu rozprawiają z pasją. Bo, albo się na nim znają czysto teoretycznie, albo na kopaniu piłki zeszło im kilka ładnych latek, czy to w Hiszpanii, czy we Włoszech.

Tymczasem, łączymy się ze studiem na dachu fabryki Wedla, gdzie Maciej Kurzajewski ma już kolejnego gościa... Dziś o roli bocznych pomocników w systemie 3-5-2 opowie Kasia Zielińska.

 ***

Złośliwości rzeczy martwych ciąg dalszy. W piątek Polacy nie byli w stanie przeskoczyć zasuniętego dachu, wczoraj Hiszpanie przegrali w starciu z murawą. Trawa była za sucha i źle ukorzeniona, dlatego piłce brakowało przyspieszenia. Szukanie wymówki to zawsze jakaś opcja. Łatwiej ponarzekać, niż przyznać się, że Włosi to nie byle frajerzy i nie dali się nabrać na bezproduktywne pykanie od nogi do nogi.

 ***

Raul w Katarze, Soldado na wakacjach, tymczasem Del Bosque przechodzi sam siebie. Sześciu środkowych pomocników i lewoskrzydłowy na pozycji lewego obrońcy. Dziwnie ewoluowała Hiszpania od czasu ostatniego tytułu Mistrza Europy. Za Aragonesa zespół miał bramkarza, obrońców, pomocników i atak. Teraz proporcje gdzieś się zatraciły. Del Bosque broni pomocnikami i pomocnikami atakuje. Tylko rozgrywać nie bardzo jest komu – chcieliby wszyscy, nie wychodzi specjalnie żadnemu. Zaiste, idiotyczna apoteoza barcelonizmu.

Sam mecz z Włochami stał na wyśmienitym poziomie. Gdyby pierwsza połowa trwała dziesięć minut dłużej Jackowi Gmochowi nie wystarczyłoby magicznego ołówka na omówienie wszystkich sytuacji. Taktyka, taktyka, taktyka... Chociaż jedno mnie zastanawia. Hiszpanie chętnie wstrzeliwali w pole bramkowe Buffona górne piłki, zupełnie jakby mieli tam Llorente, a nie mikrego Fabregasa. O ile ten w ogóle tam był, a nie dreptał gdzieś przy linii bocznej, dublując Davida Silvę.

Jeśli już mowa o Hiszpanach, to jeszcze słówko o Llorente. Ale Manuelu. Prezydent Valencii ostentacyjnie opuścił restaurację, w której miał negocjować transfer Jordi'ego Alby. Oficjalnie, dlatego, że zauważył zakamuflowanego dziennikarza. Z godnie z prawdą, Llorente miał nadzieję, że na EURO cena Alby może tylko wzrosnąć, więc transferowanie go na Camp Nou jeszcze przed turniejem i to za marne 12 milionów mijało się z celem. Z Włochami Alba zagrał beznadziejnie. Jeszcze dwa takie mecze i Zubizaretta zainteresuje się "Dżiakerino". 

 ***

Ałan Dżagojew dorobił się poważnego konkurenta do transferu do wielkiego klubu. Nie ujmując niczego Tottenhamowi, Luka Modric w formie z wczorajszego meczu z Irlandią powinien raczej zawiadować grą Manchesteru United czy innego giganta w Lidze Mistrzów, a nie rozbijać się z Kogutami w Lidze Europejskiej.

 ***

Na koniec jeszcze dwa słowa o Hiszpanach. Albo nie, o Mirosławie Trzeciaku. Czyli jednak o Hiszpanach.

M. Trzeciak: „Hiszpanie dziś bez napastnika. Tak jak lubią”.

niespełna 3 minuty później...

M. Trzeciak: „Hiszpania dziś bez Villi. To ogromna strata”.

niedziela, 10 czerwca 2012

 

Do teraz nie wiem, co wydarzyło się w meczu Holandii z Danią. Kto w tym zestawieniu był nieporadnym "Gangiem Olsena", a kto "Mechaniczną Pomarańczą"? Patrząc na niefrasobliwość Robbena i brak skuteczności Robina Van Persiego pojawia się dylemat - który z nich bardziej zasłużył na tytuł „Egona roku 2012”?

Podopieczni Van Marwijka zagrali tak, jak w swoich najgorszych latach - na wskroś egoistycznie. Każdy chciał przechylić szalę zwycięstwa sam. Oglądając dryblującego Robbena pewnie nie jeden Holender zaklinał i prosił o wpuszczenie na boisko króla asyst Eredivisie - Luciano Narsingha. Narsingh został na ławce, Robben gdyby mógł, zakiwałby się na śmierć, Dania zgarnęła trzy punkty.

***

Enzo Scifo nie jest już najmłodszym piłkarzem w historii Mistrzostw Europy. Jego miejsce zajął Jetro Willems i do turnieju we Francji nic w tym temacie się nie zmieni, bo Willems to najmłodszy z wszystkich powołanych na EURO 2012. 18-latek zaprezentował się przyzwoicie, chociaż zanim dorówna klasą Giovaniemu Van Bronckhorstowi jego losy mogą różnie się potoczyć. Oby tylko nie podzielił historii innego młodocianego rekordzisty, Johana Vonlanthena – najmłodszy strzelec gola w historii ME na tydzień przed startem EURO 2012 ogłosił rozbrat z piłką. Smutne tym bardziej, gdyż miał dopiero 26 lat.

W kontekście Willemsa ciekawie wygląda kazus Rafała Wolskiego. Idący po mistrzostwo Europy – przynajmniej do wczoraj – Bert Van Marwijk nie miał oporów, aby postawić na młokosa. Być może w obliczu jałowizny środkowych pomocników Franciszek Smuda powinien przychylniejszym okiem spojrzeć na „polskiego Gotze”?

***

Zaimponować mogła ambicja Dennisa Rommedahla. Schodząc w 83 minucie z boiska, kopnął z całej siły butelkę, która w tamtej chwili raczyła stanąć mu na drodze. Ot, niezwykła wola walki. Jeśli wszyscy Duńczycy są tak naładowani, jak pomocnik Brondby, mogą narobić kłopotów Portugalii, a Niemców potraktować jako trampolinę do ćwierćfinałów.

***

Antidotum na wysokie stężenie futbolu w wydaniu europejskim miał być południowoamerykański klasyk – Argentyna - Brazylia. Jak zwykle błyszczał Messi. Jak zwykle w ogóle, bo w reprezentacji nie zdarza mu się to zbyt często. Tym razem jednak grał tak, jak chciał. Brazylijczycy, choć strzelili trzy gole nie wiele mogli mu zrobić. Z drugiej strony, co to za Brazylia? Banda ułomków hańbiących kanarkową koszulkę Garrinchy, Romario i Ronaldo.


Na koniec smutna konstatacja – futbol reprezentacyjny eroduje. Anglicy nijacy, Francja nijaka, Włosi szukający tożsamości, Hiszpanie u progu końca pewnej generacji, Brazylia odmagiczniona.

***

P.S. Słuchając Tomasza Jasiny i Radosława Gilewicza komentujących mecz Holandii z Danią przypomniał mi się film „Ludzka stonoga”. Pewnie dlatego, że był równie beznadziejny.

sobota, 09 czerwca 2012

Ojro

Na początek trzy piłkarskie prawdy, które jak nigdy dotąd, mają szansę potwierdzić swoją zasadność.

Jeden - podobno gospodarzom imprez takich jak EURO 2012 pomagają ściany. Polaków to najwidoczniej nie dotyczy. Albo inaczej, Polacy z pomocy korzystać nie potrafią. Wyciągnął życzliwie dłoń sędzia, to pogrążył ich dach, a właściwie sufit. Sufit możliwości. Najpierw sprowadzając do parteru i przyduszając odarł ich z resztek kondycji, a później całkowicie zwalił im się na łby.

Dwa - kibice to dwunasty zawodnik drużyny. Jeśli są kibicami i kibicują. Pleonazm? No niekoniecznie. Bo jeżeli na stadionie pojawiają się ludzie, tylko po to, by pomachać do szklanego oczka operatorowi, zobaczyć swoją twarz na telebimie i strzelić kilka zdjęć cała zabawa wygląda raczej jak „Śniadanie na trawie” Maneta. Stypa.

Trzy – bohaterowie rodzą się nieoczekiwanie. Jednym z nich miał być Szczęsny. Trzech asów z Borussi i nieco odklejony od konwencji bramkarz Arsenalu mieli dać Polsce awans. Tymczasem właśnie Wojtkowi temperatura EURO udzieliła się najbardziej i chyba go sparaliżowała – nawet jeśli media twierdzą co innego. Ale od czego są zmiennicy. Dziś cała Polska nosi na rękach... Łukasza Fabiańskiego, za to, że udział w EURO odwidział mu się w idealnym momencie. A Tytoń? On może wygrać najwięcej.

***

Co za miedzą? Rosjanie pokazali reszcie stawki jak powinien wyglądać dynamiczny start. Holandii i Niemców to raczej nie wystraszy, ale w grupie A równych sobie nie znajdą. Dick Advocaat, całkiem inaczej niż Franciszek Smuda, postawił na „świeżość w kroku”. I Rosjanie biegają, a przy okazji nie przeszkadza im piłka. Arszawin i Dżagojew to raczej rywale dla polskich obrońców nie do upilnowania. I nie ma znaczenia, że Arszawin v.12, w odróżnieniu od Arszawina v.08 to wersja „static”, co w rozumieniu Mirosława Trzeciaka gwarantuje Piszczkowi i Błaszczykowskiemu w meczu z Rosją względny spokój. Panie Mirku, Ivan de la Pena też nie był sprinterem.

Czechom nie pomógł nawet ich własny Messi, Vaclav Pilar, bo przyćmił go rosyjski Falcao, Roman Pawljuczenko. Moment, to jeszcze EURO, czy już Copa America?

***

Za kulisami stadionu we Wrocławiu pokaz braterstwa, dobrej zabawy i wzajemnego szacunku. Rosyjscy kibole poniewierają polskimi stewardami kopiąc ich po głowach. Gdyby kopała się Wisła z Cracovią już dziś publiczne odczytywane by były akty oskarżenia. A tak, cieszy się Hanna Gronkiewicz-Waltz, bo przecież to wszystko „dla zgrywy i draki”. Odwołaj, kobieto, ten przemarsz, bo karta historii może zapisać się na nowo.

***

Słuchając Jacka Laskowskiego przypomniał mi się film z Jean-Claudem Van Dammem, „Replikant”. Tam stworzono klona, który miał za zadanie stawić czoła bezwzględnemu kryminaliście. Tu, można byłoby stworzyć armię genialnie czujących mecz i kompetentnych komentatorów, którzy wyparli by Szpaków i Ryczelów.

środa, 23 maja 2012

Pellegrino

Wyglądana przez większość kibiców Valencii dymisja Unaia Emery'ego, choć jak zwykle w takich sytuacjach stanowiła trudną kwestię, nigdy nie była tematem tabu. Wręcz przeciwnie. Od nieszczęsnego dwumeczu z Schalke w 1/8 finału Ligi Mistrzów sezonu 2010/2011, w którym najemnicy Valencii modelowo obnażyli swój brak ambicji, przeniosła się zza kuluarów i z gabinetów włodarzy klubu do mediów i ewoluowała do rangi publicznego dyskursu. Pytań było wiele, najgłośniej rozbrzmiewały dwa. Kiedy pożegnać Baska – jeszcze w trakcie, czy tuż po zakończeniu sezonu? Kim ewentualnie go zastąpić, skoro pole manewru, choć pozornie całkiem obszerne, w istocie jest mocno ograniczone, przez ciągle przecież delikatną sytuacją ekonomiczną klubu?

Lista zarzutów wobec Emery'ego była zbyt długa, by w grę wchodził kompromis. Zdrowy rozsądek, którym w ostatnich czterech latach, aż kipiał prezydent Llorente zastąpiła żądza rewolty. W trakcie kadencji Emery'ego Los Ches stali się największym filantropem ligi, rozdającym punkty na prawo i lewo, piłkarze wykazywali totalny brak zaangażowania w boiskowe wydarzenia, gra defensywna wołała o pomstę do Wszechmocnego, ataki były toporne niczym ogrodowe krasnale. Piłkarzom Nietoperzy raz wystarczało umiejętności, by razem z Barceloną czy Realem współreżyserować pasjonujące widowiska, by następnie w skandalicznych okolicznościach hańbić się z Espanyolem i Saragossą. Słowem – wrzód wymagał chirurgicznego cięcia.

Chybotała się niemiłosiernie waga z aplikacjami na stanowisko nowego trenera Valencii, raz po raz przechylając się, a to w stronę szali z kandydatami krajowymi, by za chwilę wskazywać, jako potencjalnego szkoleniowca Nietoperzy kogoś zza granic Hiszpanii. Już wydawało się, że faworytem i to najcięższego kalibru został Joaquin Caparros, aż nagle, niczym filip z konopi wyskoczyli Luis Milla i Miroslav Djukic.

I gdy wszystko wskazywało na szczęśliwe zakończenie trenerskiej epopei, omnipotentny Llorente nagle zdjął z wagi wszystkie odważniki. Przyjmując karcianą nomenklaturę, w talii i to dosyć nieoczekiwanie pojawił się joker. Osobisty faworyt El Presidente. Preferiti, przy którym blado zaczęły wyglądać kandydatury takich asów trenerskiego fachu, jak Deschamps czy Villas-Boas, których dostępność sondował koordynator sekretariatu technicznego Braulio Vazquez. Wygrała opcja, jak zwykle w Valencii, oszczędnościowa i jak zwykle w takich przypadkach bywa, obarczona sporym bagażem ryzyka, aczkolwiek wpisująca się w aktualnie obowiązujące trendy.

Nie ma na imię Manuel i nie jest Chilijczykiem, choć znajomo brzmiące nazwisko niezorientowanych może wprowadzać w błąd. Nigdy też nie trenował madryckiego Realu, jak życzyłyby tego sobie niektóre media. Wręcz przeciwnie – jest trenerskim naturszczykiem, a dla Valencii materiałem, który ma w trakcie sezonu samoistnie przepoczwarzyć się w ichniejszego Guardiolę, choć są duże szanse, że skończy jak Luis Enrique, czy Ciro Ferrara. Bo jak stal hartuje się ogniem, tak Mauricio Pellegrino zahartuje rozkapryszona publiczność na Estadio Mestalla.

Mianowanie na stanowisko pierwszego trenera Nietoperzy właśnie 40-letniego Argentyńczyka zostało odebrane niejednoznacznie i spolaryzowało środowisko kibiców Valencii. W ankiecie przeprowadzonej na stronie internetowej dziennika Marca 70% respondentów opowiedziało się negatywnie za angażem El Flaco (hiszp. cienki, chudy). Głównym zarzutem był oczywiście brak trenerskiego doświadczenia, popierany argumentem, że nawet mityczni Hector Raul Cuper i Rafa Benitez, czy Emery, w momencie przyjścia do klubu traktowani byli jako żółtodzioby, choć na swoim koncie mieli już niezgorsze rezultaty z Mallorcą, Tenerife i Almerią. Pellegrino nie może pochwalić się nawet tym, ponieważ nigdy nie posmakował samodzielnego prowadzenia zespołu. Jego dotychczasowa kariera trenerska to permanentna asystentura przy boku swego profesora Beniteza, z przerwą na krótki epizod w zespole juniorskim Valencia Cadete B. I tu właśnie odzywają się jego zwolennicy, dziarsko odpierając zarzuty tych, którzy twierdzą, że Pellegrino-trener ma jeszcze mleko pod nosem.

Stale unosząca się w powietrzu na Mestalla magia epoki Cupera i Beniteza oraz rozrzewnienie za czasami podwójnego finału Ligi Mistrzów, mistrzostw Hiszpanii, czy triumfu w Pucharze UEFA. Wreszcie, tęsknota za ludźmi z charakterem. Tyle i aż tyle wystarcza, by Pellegrino traktować jak mesjasza. To on był klubowym kolegą Juana Sancheza, Claudio i Gerarda Lopezów oraz Kily'ego Gonzaleza. On podawał piłkę Gaizce Mendiecie, on wespół z Roberto Ayalą, Jocelynem Anglomą i Amedeo Carbonim pilnował, by jak najmniej do roboty miał Santiago Canizares. Do sentymentalnych kibiców znad Turii to trafia.

- To właściwy człowiek na tym miejscu, bardzo uczciwy i pracowity. Myślę, że ma odpowiednie kwalifikacje. Od kilku lat przeczuwałem, że zostanie tutaj trenerem – skomentował na łamach dziennika Super Deporte Santiago Canizares, po czym dodał – Dobrze potrafi zrozumieć i wyjaśnić zawodnikom grę. Ma spory wpływ na ich postawę na boisku i poza nim. Przewiduję, że odda się tej pracy.

Tuż po nominacji Argentyńczyka, głos w sprawie zabrał Benitez. – Jeszcze za kariery piłkarskiej był liderem, jestem przekonany, że ma wszystko co potrzeba, by sprostać temu wyzwaniu. Nikt nie może podważyć jego umiejętności gry w obronie. Zabrałem go ze sobą do Liverpoolu, gdzie został jako mój asystent. Wprawdzie nie ma doświadczenia jako samodzielny szkoleniowiec, jednak zarówno jako zawodnik jak i trener pokazał, że posiada odpowiednie zdolności. Od strony technicznej, taktycznej, wiedzy czy oddania jest przygotowany. Dużo pracuje i analizuje, narzuci swój charakter. Każdy ma swoją osobowość, ale charakter, jego pragnienia czy podejście będą dodatkiem.

Jeżeli pozytywna opinia Beniteza okaże się namaszczeniem, a sam Pellegrino stanie się panaceum na bóle Valencii, zanim leczenie przyniesie zamierzony skutek, będzie musiało upłynąć wiele czasu. A już na starcie „Flaco” będzie musiał przecież stawić czoła nocnej zmorze Emery'ego – letnim wyprzedażom. Choć Valencia pozbyła się wszystkiego co najwartościowsze właśnie za kadencji Baska – Villi, Silvy, Maty, Albiola – pod komendą Pellegrino wciąż znajduje się kilka łakomych kąsków. Już na pewno z klubu odejdzie Jordi Alba, którego transfer do Barcelony zaczyna przypominać epopeję z Fabregasem. Za Adila Ramiego i Roberto Soldado odpowiednio wysokie kwoty odliczają szejkowie z PSG, a jedyny człowiek z charakterem, Sofiane Feghouli, znów stał się celem elity Premier League.

Pellegrino wie na jak wysoką trampolinę udało mu się wdrapać. Jeśli jego Valencia będzie choć minimalnie przypominała tą Emery'ego, spadnie z niej i roztrzaska się, a trybuny Estadio Mestalla znów załopoczą białymi chusteczkami.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
El_cabeso
Follow El_cabeso on Twitter
Blogi Sportowe