Blog > Komentarze do wpisu

Klątwa Napoleona

Sofiane

Po raz pierwszy temat pojawił się w 2002 roku przy okazji Mistrzostw Świata w Korei Płd. i Japonii. Koronowani, jeszcze na długo przed startem imprezy na mistrzów globu, Francuzi dowodzeni przez ich futbolowego Napoleona – Zinedine'a Zidane'a – mieli tylko dopełnić formalności. Coś potoczyło się jednak nie tak. Skończyło się jak zawsze, gdy bębenek oczekiwań zostaje podbity za wysoko, a zbyt wiele zależy od jednostki – genialnego dyrygenta posiadającego monopol na organizację gry własnej orkiestry.

Sromotna porażka Les Bleus nakręciła we Francji spiralę strachu i obsesji. Świadomi upływającego czasu ludzie odpowiedzialni za futbol nad Sekwaną zaczęli zachodzić w głowę jak uniezależnić się, najpierw od dyspozycji Zizou a następnie od samej jego obecności w zespole. Wybór był prosty – przeformatowanie grę kadry narodowej na miarowo działający kolektyw lub odwleczone w bliżej nieokreślonym okresie czasu oczekiwanie na objawienie się nieprzeciętnego talentu wprost z Clairefontaine. Choć od wspomnianego blamażu Tricolores do zakończenia kariery zawodniczej przez Zidane'a upłynęły cztery lata, a na zakończenie przygody z piłką Zizou zdążył jeszcze podarować Francji wicemistrzostwo świata, tryby machiny sortującej talenty ruszyły już w 2003 roku.

Dziś trudno zliczyć ilu chłopcom, kopiącym piłkę na szkolnych placach lepiej niż ich koledzy, francuskie media złamały kariery porównaniami do wielkiego Zidane'a. Pewne jest jedno – zestawienie młokosa z hołubionym Zizou dla żadnego adepta futbolu we Francji nie okazało się błogosławieństwem, które ten następnie był w stanie przekuć na futbolową aureolę. Było raczej syzyfową kulą, która ciążyła w drodze na piłkarski szczyt.

Pierwszy przepadł Bruno Cheyrou, choć jemu akurat brakowało bardzo wiele, nie tylko do tytułu „następcy”, ale i klasowego zawodnika w ogóle. Ben Arfa, Ribery a później Obertan i Taarabt, którzy również musieli się zmierzyć z ciężarem niewygodnego porównania, raczej z uwagi na inną pozycję i charakterystykę gry niż braki w piłkarskim rzemiośle Zidane'a zastąpić nie będą w stanie. Samir Nasri, którego wiązano z Zizou poprzez marsylskie konotacje to raczej drugi Youri Djorkaeff – ruchliwy, wszędobylski z inklinacjami do szukania gry na skrzydle, niż dostojny w swych ruchach Zidane. Najwięcej gracji i elegancji tak charakterystycznej dla potomka algierskich imigrantów miał w sobie Yoann Gourcuff, którego po pierwszym sezonie gry dla Bordeaux wielu widziało już w butach Zizou. Jemu z kolei zabrakło determinacji. Po drodze był jeszcze Karim Benzema, któremu aktualnie do legendarnego poprzednika najbliżej. Ale znów, nie z racji tego, co prezentuje na boisku – choć idzie mu nieźle – a miejsca gdzie to robi. Faworyt na dziś to Marvin Martin. Zwinny, ze zmysłem taktycznym i umiejętnościami do regulowania tempa gry, potrafiący zaskoczyć podaniem nawet najwytrawniejszych stoperów. Bliżej mu jednak do rozdzielającego piłkę Xaviego, niż grającego często pod napastnikami Zidane'a, lub - dla fanów militariów i historii średniowiecza - Władysława Jagiełły kierującego poczynaniami wojska z oddalonych od pola bitwy wzgórz, niż Ulricha von Jungingena, walczącego ramię w ramię ze swoimi krzyżakami.

To jednak nie wszyscy napiętnowani, gdyż był jeszcze jeden, od którego we Francji oczekiwano, że w imię republiki będzie przenosił góry. Tak samo jak Zidane wywodzący się Algierii. Rozchwytywany za młodu przez najwytrawniejszych specjalistów od łowienia talentów, którego nazwisko niezbyt wiele mówi nawet mocno zainteresowanym futbolem. Już teraz wiadomo, że pomimo świetlanej przyszłości jaka się przed nim maluje reprezentacji Francji nie zbawi. 25 października 2011 roku FIFA oficjalnie zezwoliła mu na grę w kraju rodziców. Ale może zbawić Valencię, której trener Unai Emery coraz częściej decyduje się na jego usługi, widząc w nim materiał na hybrydę Aimara i Joaquina. To Sofiane Feghouli, który w przełomowym dla Los Ches spotkaniu z Getafe strzelił dwa gole, by następnie w derby Walencji wiązać swoim balansem ciała bezradnych obrońców Levante. Wciąż trochę elektryczny, czasami zdezorientowany, ale zawsze waleczny. Zidane'a nie zastąpi, ale już pracuje na własne nazwisko.

niedziela, 20 listopada 2011, el_cabeso

El_cabeso
Follow El_cabeso on Twitter
Blogi Sportowe