Blog > Komentarze do wpisu

Ivan, już nie groźny

ivan

Niespełnionych gwiazdorów, których młodzieżowe kariery predestynowały do roli imperatorów futbolu, a ponadprzeciętne umiejętności pozwalały domniemywać, iż zrewolucjonizują ów sport, można liczyć na pęczki. Tych, którzy dobrowolnie rozmienili się na drobne szkoda tylko trochę. Ci, którzy przegrali z własnym zdrowiem pozostaną nieodżałowani.

11 maja 2011 roku, sala konferencyjna stadionu Cornella el Prat. Grono dziennikarzy tłoczy się tłumnie wokół obecnego na miejscu kapitana Espanyolu Ivana de la Peñii oraz towarzyszącego mu Mauricio Pochettino. Choć nikt z zebranych o tym głośno nie wspomina, przypuszczenia przedstawicieli mediów są zbieżne - to może być ostatnia konferencja prasowa Małego Buddy jako czynnego zawodnika. Urazy mięśniowe, przez które w sezonie 2010/11 pojawił się na boisku wyłącznie dwa razy, osiągnęły apogeum. Permanentne przebywanie na lekarskim zwolnieniu i niemożność gry doprowadziły do ostateczności. Widok de la Peñii zbliżającego się do mikrofonu, by wszem i wobec ogłosić rozbrat z futbolem zatrważa. Wreszcie - rozedrgany, ze łzami w oczach i przez zaciśnięte gardło cedzi kolejne słowa: Dziękuję wszystkim. Espanyolowi i FC Barcelona. Miastu. Również Lazio i Marsylii. Przyjaciołom z boiska i tym, którzy dali mi szansę grać w piłkę. Rozum podpowiada, by jeszcze próbować, ale nogi nie chcą go słuchać. Mecz przeciw Sevilli będzie ostatnim w mojej karierze. Cisza. Wyznanie El Mago wstrząsnęło salą. Deklaracja, którą należało uszanować, nie mogła się spodobać nikomu, kto ceni piłkę nożną w szczególności za jej piękno. Burzy oklasków nie było jednak końca. Bo przecież de la Peña na nie zasłużył jak nikt inny. Był jednym z ostatnich artystów. Piłkarzem tyleż genialnym, co niespełnionym. Zawodnikiem iście romantycznym.

Współpracował z największymi i w ich oczach znajdował uznanie. Błysku w grze nadał mu Johan Cruyff, esencję jego talentu wydobył sir Bobby Robson. Ci gotowi byli powierzyć mu marszałkowską buławę i opierać na nim grę zespołu. Nie spodobał się tylko Louisowi Van Gaalowi. To wystarczyło, by przepadł w odmętach piłkarskiej solidności, choć był materiałem na fenomen. Salwując się rejteradą w 1998 do Lazio utorował ścieżkę, na której za kilka lat, zupełnie tak jak on, miał zmarnieć inny niespełniony geniusz, Gaizka Mendieta. Trafiając do Espanyolu w roku 2002 miał zaledwie 26 lat i pokaźny bagaż niepowodzeń, ale wreszcie odnalazł radość.

Demon kreatywności, wirtuoz podań, boiskowy wizjoner i mistyk. Prekursor stylu gry, który dziś błędnie uznawany jest za produkt autoramentu Xavi'ego. Gdy był w formie, potrafił zasypywać partnerów dziesiątkami podań, myszkującymi pomiędzy obrońcami rywala, które tacy snajperzy jak Ronaldo czy Tamudo musieli zmaterializować na bramki. Sam zresztą bardziej cenił wartość asyst nad piękno, nawet najprzedniejszej urody goli. Choć te wbite w styczniu 2009 roku na Camp Nou Barcelonie, które niczym ironiczny uśmiech losu spięły klamrą jego karierę, zapamięta na zawsze. To tutaj jego gwiazda rozbłysła i tutaj zgasła. Wszystko, co było później nie miało już w sobie magii

niedziela, 24 lipca 2011, el_cabeso

El_cabeso
Follow El_cabeso on Twitter
Blogi Sportowe